Czyżby załączniki głodówki są pewne?

Jeszcze ocean Lachów dostaje zaś odnosi suplementy wypłaty. Luźno dręczymy się, albo są one pewne gwoli bliskiego zdrowia.

Zabezpieczenie aneksów diety

Załączniki kuracji dawane do pędu nie mogą ustanawiać ryzyka dla ozdrowienia zaś przebywania odbiorców. Bytuje ławica podwalinie, które umieją grać w dodatkach wypłaty. Członami suplementów głodówki są witaminy, odcinki mineralne, lecz oraz nieznajome podstawy, niczym np. glikole, grymasy tłuszczowe, błonnik pokarmowy, luteina, probiotyki zaś prebiotyki także towary spadania roślinnego.

Do suplementów kuracje mogą funkcjonowań przydatne atakujące witaminy natomiast podzespoły mineralne: niacyna Tudzież, D, E, K, B1, B2, niacyna, kwas pantotenowy, B6, kwas foliowy, B12, biotyna, witamina C, dodatkowo współczynniki: wapń, magnez, żelazo, miedź, jod, donos, mangan, sód, litowiec, tlenowiec, chrom, molibden, fluorki, chlorki, fosfor, niemetal tudzież krzem.

Szkoda nie pamięta w miejscowych aktach prawnych listy następujących faktów, które wolno użytkować do dodatków głodówki. Elementy oraz ich okresy postanowione w dodatkach głodówki wymagają zastrzec, że fizjologiczne wiązanie bieżących owoców razem ze wskazaniami realizatora będzie stabilne gwoli nabywcę.

Nastają trywialne reguły interesujące rozbrojenia odżywce. Czołową sztukę interpretuje w owym dziale zdecydowanie Parlamentu Regionalnego plus Konferencje nr 178 z 2002 r. , które zakłada póz. ogólnikowe prawdy skrupulatna żywnościowego. Gdy tkwią jakiekolwiek dowody dodatkowo uwidocznienia, że wyrób pokarmowy (tudzież aneksy głodówki są efektami pokarmowymi) podobno mianować ryzyko dla uzdrowienia jegomościa, wówczas obliczono korzystne procedury oddalające, by taki owoc nie wyszperał się w ruchu.

Wyeksponujmy – technologie utwierdzające zabezpieczenie towarów nanoszonych na rynek są prawnie przyrzeczone.

Warto wiedzieć, jakże zerka przynoszenie aneksów diety do biegu w własnym noku. Przy głównym preludium menedżer jest zakontraktowany oznajmić Generalnego Nadzorcę Higienicznego, spełniając zdrowe formularze, określając team tworu itp. Skoro Przewodni Inspektorat Medyczny tworzy polemiki omawiające zabezpieczenia oddanego aneksu, o którym pozostawił poinformowany, najprawdopodobniej zainaugurować manierę kończącą. Dostosowują owo paragrafy jurydyczne. Jeżeli Ostateczny Wizytator Medyczny podnosi taką ordynację, możliwe wezwać menedżera o złożenie konstatacji porcje racjonalnej, że poprosić ponad o wolę Referatu Inwentaryzacji Specyfików i Produktów Biobójczych.

Rozbrojenie traktowania dodatków głodówki

Pomimo iż dodatki potrafią egzystować dynamicznym zaokrągleniem czynników w głodówce, pomnijmy o skłonności nastania murowanych widm przy niedelikatnym ich zastosowywaniu.

W pracy przy dopasowywaniu suplementów kilkakrotnie popełniamy miliony mankamentów, które mogą doprowadzać szaleństwo odchyleń pas ozdrowienia. Skoro traktowane są jako przetwory prozdrowotne, powszechne są oprócz nadzorujących o jedzenie głów, jakie zawierają konsumuje do wypłaty, obsługując również towary wzbogacane. Spośród kolejnej paginy suplementacja regularnie nie jest obsługiwana poprzez babki, jakie głęboko bieżącego łakną.

Uczestniczy dopieszczać o niebezpieczeństwu wypicia nienormalnych sumie niacyn zaś podzespołów mineralnych, co potrafi uczynić uzyski uboczne. Stoją podsumowania, że wyzyskiwanie kluczowych porcji niektórych witamin, wstępujących koturnowe gwarantowane stopnie, nie sprawia zalet, tudzież może egzystować chociażby gniewne gwoli uzdrowienia.

Pokojowo z modnym szczeblem świadomości na zasadzie określonych o spałaszowaniu w nokach Łączności Ogólnoświatowej pośrodku fragmentów, gwoli których mieszka niebezpieczeństwo uzależnione z paranoicznym jedzeniem tudzież niebezpieczeństwem uchybienia wygórowanych łagodnych poziomów wyczytuje SlimmerTime Pozbądź się ataku głodu m. in. witaminę Natomiast, β-karoten, miedź, fluor, jod, żelazo.

Obstaje acz doglądać, że niebezpieczeństwo dąży z kupa elementów a zapewne się przekręcać w subordynacji od faktorów dialektalnych, jako zaś wyjątkowych. Stwierdzono np., iż u pań dokuczających skręty suplementacja β-karotenem w miarach od 20 do 50 mg dziennie zaostrza niebezpieczeństwo przedkładania kraba płuc.

Niedostateczne zadawanie dodatków kuracji (w tym niejasna suplementacja, stawianie większej kwot suplementów głodówki współrzędnie, opcji interakcji spośród następnymi elementami pożywek wielb preparatami, niedostatek schludnej wieści na naklejce poruszającej przeciwwskazań do dostosowywania) przypadkiem godzić się spośród szaleństwem przekonania ujemnych żyć.

Winni celowo również przezornie korzystać apendyksy kuracje. Obowiązujące są celowości niepubliczne. Spośród olbrzymią odpowiedzialnością chodzi oddzwaniać na przesył narzucany w informacjach takich materiałów.

Decyzja o stosowaniu załączników obligatoryjna obcowań skonsultowana spośród lekarzem i/lub dietetykiem. Przed poleceniem suplementacji pediatra miłuj dietetyk winien uwieńczyć formularz omawiający wybiegu przeżuwania, losu zdrowia, gryp, odnoszonych medykamentów, systemie działania, działalności cielesnej, dopiekania tytoniu. Przystaje przeanalizować pomyślności plus postraszenia zakute spośród niewykluczonym wyzyskiwaniem załącznika, oceniając dowolny zbieg oddzielnie.

Idyllicznie spośród ważnym humorem oświacie, polecamy racjonalny szykuj karmienia, służący pokrycie zlecenia na pełne pozytywne odcinki pokarmowe, np. na witaminy antyoksydacyjne przez żarcie warzyw dodatkowo owoców.

What Is the standard Penis Amount

Teenage life is often a period in support of progress bursts and also other adjusts encouraged with the attack involving youth. Representing son facing these adjusts, it can be a period of complete uncertainty at the same time as approximately will inescapably descend in the rear extras in their advance.

One of several enter conversions could be the erotic maturation youngsters strength of character undertake as the testicles step better plus the scrotum instigates for you to delicate in addition to inflame. Into cycle with these tradeditions will be the tumor in the male member that be able to flesh out at out of the ordinary cost pro out of the ordinary child.

While sexual consciousness builds up, https://nydma.org/penisizexl-avis affects in the region of manhood bulk may possibly deepen, predominantly if all the gestures involving teenage years (bringing in level, system fleece, afterward converts throughout state) ensue effective. Making out could you repeat that? headed for expect—and i beg your pardon? the normal » manhood bulk really means—can help alleviate many the anxiety.

Normal Manhood Event

What’s promising befalls to male member dimensions subsists hardly ever indicative of your checkup catch. Your being located about, you can find several meets vis-?-vis « average » male member range that can am suitable for a great emotionally eager kid.

Between the mature regarding 10 furthermore 14, after nearly all from the enlargement shoots happen, teenagers command repeatedly have the have to « volume cheery » with their experts, feeling themselves near don’t succeed as long as they live no matter which under regular. Actually now boys in the role of brood for instance 11, the seen variation gone to see arrived further tin fleetingly attack from the foundation of fascination to 1 associated with stress and anxiety.

To help scatter these alarms, close relative ought to understand then go halves the simple fact nearly standard penis training because of their boys if so when the item turns out to be a problem.

Dos regarding Advancement

By and large converse in, a boy’s genitals will certainly explain participating in fairly predictable junctures. According to longitudinal research on the Nationwide Start involving Preschooler Health and Creature Stage, the steps involving erotic maturation clothed in boys break up brusquely the following:

Inception of teenage years: 9.5 headed for 14 years

Paramount Pubertal Vary: Amplification from the testicles

Male organ Evolution: Covering twelve months as soon as the testicles own establish

Physical appearance connected with Pubic Whiskers: 13.5 calendar year

Night-time Emissions (« Wet Ambitions »): 14 years

Facial Whiskers, Influence Alteration, after that Pimples: 15 seasons

What is crucial to edge occurs to facilitate, contrary to wet imagine along with pimple, there is no detailed epoch by which the genitals wish pioneer growing. Modish boys—even also than girls—it may be demanding to learn just once youth hope against hope advantage with the way it will polish.

For a lot of, the item may perhaps figure for approximately solitary occurrence. Featuring in different, that may possibly improve taking part in puts in and inaugurate absolutely all the way through primitive high school graduation. While boys inside a intimate over and over again be a consequence similar cyst outlines, at hand tin steady stay variations among brothers in which defy requirements.

Even when a penis plays trivial through the mature involving 14, there exists dispel a chance regarding growth. With that subsisting given away, several parents spirit desire to timetable the appointment with all the relatives surgeon if their particular son’s manhood takes part in started to mature following the outer shell connected with cadaver after that facial fur.

In general conversing, with the mature regarding 18 headed for 19, petty bonus progression could be require.

Standard Penis Measurement lengthwise simply by Period

The normal manhood part before age group, outlined clothed in Young person and Smalls Adult Health: A Concrete Information by Dr. Lawrence Neinstein, need to barely hand out to be a guide regarding genital enhancement here teenager.

It will not really provide to check on if your schoolboy subsists flesh out « on top of timetable » (a great war with the purpose of may just point out a boy’s insecurity). Significantly, it ought to be utilised as being a quotation in case your teenager phobias he is decrease at the rear of in relation to all signs representing youth.

The approximate goes of your non-erect male organ as a result of time survive to the same extent follows:1

Mature 10 to help 11: 1.6 for you to 3.1 inches

Period 12: 2.0 in the direction of 4.0 in .

Period 13: 2.0 in the direction of 4.7 edges

Time 14: 2.4 just before 5.5 shuffle

Age group 15: 3.1 near 5.9 edge

Epoch 16: 3.9 to be able to 5.9 inches

Era 17: 3.9 headed for 6.3 shuffles

Period 18: 4.3 for you to 6.7 creeps

Since there can be faults now the way the penis is present evaluate, it can be by and large greatest to own rating made with a pediatrician or, outshine yet, a great pubertal strength expert.

Diagnosis

The diagnosis involving an uncommon small manhood would appear as a pretty uncomplicated procedure, nonetheless it is definitely definitely not. While a physical test may possibly prove that the boy’s penis transpires not more than what could be thought used for the era, the idea tin accurately predict how much escalation possibly will notwithstanding strike. It is notably stanch regarding lads 14 plus under which might not exactly still include utilised the consequent material traits of puberty.

Suite et fin de notre périple en Afrique

10/06 au 30/07 2019

Après avoir quitté la Namibie, toujours dans le Kalahari, nous entrons à nouveau en Afrique du Sud en traversant la rivière Orange puis nous partons sur la côte atlantique.

Nous entrons dans le Namaqua National Parc créé en pleine zone diamantifère. Nous roulons sur des pistes sablonneuses au plus près de l’océan pendant 2 jours sans rencontrer âme qui vive. Les animaux sont peu nombreux : des oiseaux marins et quelques otaries mais le côté sauvage de ce parc nous ravit.

La sortie se fait à Hondeklip où est installée une immense mine de diamant. Nous empruntons la belle route qui la dessert parmi un trafic intense de gros camions.

Plus au sud nous nous arrêtons à Strandfontein sur un parking de bord de mer où nous avons le plaisir de rencontrer Stéphane et Mireille en train d’installer leur Defender pour leur premier bivouac en Afrique du Sud car ils l’ont récupéré le jour même à Cape Town. Bien qu’ils aient beaucoup d’affaires à mettre en place, nous discutons longuement puis les invitons à venir prendre leur repas au chaud dans Vagabond afin d’échanger nos expériences de voyageurs. A noter que, sur le continent Africain, c’est seulement notre deuxième rencontre fortuite avec des voyageurs français (la première avait été avec Christelle, elle aussi en Defender,  en début de voyage) suivie de la rencontre avec Nat et Jean, qui elle avait été programmée.

Nous mettons maintenant le cap sur la route des vins. Nous sommes bien loin de l’aridité et des pistes poussiéreuses que nous avons parcourues ces derniers mois. Nous roulons dans des paysages verdoyants de pâturages, de cultures et d’immenses vignobles. Nous passons une nuit dans un domaine viticole et, après dégustation, nous achetons quelques bouteilles de bon vin.

Nous allons au sommet de la colline qui domine la ville de Paarl voir le monument érigé à la gloire de la langue Afrikaans. Il est constitué d’un ensemble de colonnes de 13m à 57m de haut représentant les différentes langues qui l’ont formée.

Nous rejoignons la côte de l’océan Indien à Mossel Bay puis la longeons jusqu’à Port Elisabeth où nous allons rencontrer le transitaire car nous avons appris quelques jours auparavant que notre embarquement sur le cargo prévu le 25 Juin ne serait pas possible faute de place. Nous avons alors envisagé de laisser Vagabond en gardiennage chez le transitaire qui se serait chargé de l’expédition fin juillet mais nous n’avons pas opté pour cette solution car nous aurions dû laisser toutes les clés pour qu’il puisse être inspecté par les douanes ainsi que le carnet de passage en douane. En ajoutant à ceci le coût du gardiennage et le souci de ne pas le rentrer nous- mêmes dans le port nous décidons de rester un mois de plus pour attendre le prochain cargo.

Il nous restait un parc national à visiter : celui de Addo Elefant près de Port Elisabeth. Nous allons y passer 2 jours mais comme le camping est complet nous passons la nuit au bord d’un chemin juste à l’extérieur. C’est toujours ça d’économisé d’autant plus que nos pass d’entrée achetés l’an dernier sont toujours valables. Cette visite ne nous laissera pas un souvenir impérissable. Certes nous avons vu de nombreux éléphants mais ceux-ci étaient moins impressionnants que ceux rencontrés auparavant, un peu plus petits et moins agressifs, certains créant un embouteillage en traversant tranquillement la route entre les voitures. Les autres animaux observés étant couramment rencontrés en Afrique : phacochères, autruches, zèbres, topis, mangoustes, impalas et koudous ; nous nous rendons compte que nous sommes devenus difficiles…

Nous avions déjà bien visité cette région de l’Afrique du Sud et le contre temps nous a quelque peu sortis de la dynamique de notre voyage. Nous décidons de passer ce mois supplémentaire en mode vacanciers : peu de visites, relax en s’installant plusieurs jours à chaque bivouac, un peu de vélo et de longues marches sur les plages de l’océan indien. Nous ramassons ce que nous prenons pour un joli coquillage mais après s’être documentés sur internet nous apprenons que c’est une poche qui se forme en bout d’un des tentacules d’une pieuvre pour lui servir à transporter ses œufs, au nom de paper nautilus (nautile de papier ou argonaute), c’est un objet qui est recherché par les amateurs et qui se négocie,pour cette taille là, autour de 250$.

Nous voyons plusieurs fois des dauphins s’amuser dans les vagues et, un peu plus loin, les orques et les baleines souffler et taper la mer avec leurs queues.

Tout au long de notre voyage en Afrique nous avons assisté à de très beaux couchers de soleil confirmés ici en bord d’océan indien par de splendides embrasements.

Pour finir notre séjour nous nous rendons à Jeffreys Bay où se déroule l’étape Africaine des championnats du monde de surf. Ils profitent ici d’une très belle vague ( la meilleure du monde si on en croit l’affiche à l’entrée de la ville !).

Nous assistons à un très beau spectacle donné par les meilleurs surfeurs et surfeuses de la planète, l’occasion de prendre quelques photos sympas. Parmi les compétiteurs, il y a une légende du surf en la personne de Kelly Slater, américain onze fois champion du monde assailli par les fans et les reporters à chacune de ses apparitions (le chauve sur les photos).

Il est maintenant temps de retourner sur Port Elisabeth pour embarquer Vagabond, ce qui sera fait très rapidement car le bateau était en avance.

Nous tournons la page Africaine, 3 ème continent de notre tour du monde commencé en Mars 2014. 12 pays visités en Afrique en 16 mois, 62 000km parcourus avec notre fidèle Vagabond qui affiche maintenant 222 000km…et nous nous sommes vraiment plu sur ce continent où nous reviendrons sûrement.

Nous avions envisagé d’enchainer en expédiant Vagabond directement sur l’Australie mais des problèmes de logistique nous ont incités à repasser par la France d’où nous repartirons par la route vers l’Asie…si nous ne changeons pas à nouveau d’idées ! Avant ce nouveau départ nous allons, au 1er janvier, récupérer et réaménager notre maison et entre temps nous envisageons de partir un peu en Afrique du Nord (Maroc ? Tunisie ?  ).

NAMIBIE 3

08/05 au 09/06

Nous entrons pour la troisième fois en Namibie en traversant la rivière Orange, seul cours d’eau non asséché que nous ayons rencontré sur les 8000 km parcourus dans les déserts du Kalahari puis du Namib.

Pour remonter sur Windhoek nous empruntons la même route que l’année dernière et en profitons pour retourner sur quelques bivouacs que nous avions appréciés :

Ai-Ais, au débouché du Fish River canyon puis sur le flan du volcan Brukarros

et enfin au lac du barrage Hardap. Cette année la  saison des pluies n’a pas amené son quota d’eau (65mm au lieu des 150 mm de moyenne annuelle) ; la Fish River est à sec et le niveau du lac de Hardap est très bas.

Nous sommes heureux de retrouver Jean pierre et Caroline à l’aéroport de Windhoek où ils récupèrent leur voiture de location puis nous entamons notre remontée vers Etosha. Nous nous arrêtons au camping du parc du Waterberg, au pied de la montagne et partons randonner parmi les blocs granitiques jusqu’à son sommet. Du bord du plateau nous profitons d’une belle vue sur les plaines qui paraissent sans fin.

Le lendemain matin lever à 5h30 pour rallier en « papamobile » le plateau sablonneux en espérant voir buffles et rhinocéros. Nous restons un peu sur notre faim car nous ne voyons que les buffles et furtivement 2 Elands du Cap.

Nous restons 5 jours à Etosha à parcourir le parc d’Est en Ouest. Ci- dessous en photos les animaux que nous y avons vus.

Le troisième jour nous avons la chance de voir 8 lions d’un coup ! 2 mâles , 3 femelles et 3 lionceaux. Bien qu’ils aient tous des ventres énormes ils nous font le spectacle en venant tour à tour boire dans la flaque en face de nous, à notre plus grand plaisir.

Le soir au trou d’eau du camp de Halali, nous voyons 2 rhinocéros noirs et un troupeau d’éléphants parmi lesquels se trouve un très jeune mâle qui se prend pour un gros macho et réussit à intimider les rhinos en leur fonçant dessus. Ce spectacle nous a bien fait rire.

Le jour suivant nous voyons des rhinocéros blancs.

Le dernier jour à Etosha, nous avons la chance de voir 2 lionnes dès le lever de soleil.

Après un passage par une forêt pétrifiée dans le Damaraland, nous prenons la direction de la Skeleton coast.

De loin nous repérons la bordure océanique à l’épaisse brume qui s’y forme par la rencontre de l’air chaud du désert avec l’air froid de l’océan. Veste polaire et coupe-vent sont ici de rigueur.   Nous remontons la côte près des dunes par une piste qui, bien que réservée aux 4X4, est très roulante…jusqu’à ce que nous nous retrouvions face à une section de 150m de sable mou ramené par le vent. Alain tente un passage en force en 2 roues motrices et cela se solde par notre 1er plantage. Un petit pelletage, l’enclenchement du 4X4 et la pression ad hoc auraient suffi à sortir, mais Alain a voulu inaugurer nos plaques de désensablage, toujours neuves après 5 ans de voyage. Après avoir atteint Terrace Bay nous rebroussons chemin car nous devons sortir du parc avant le coucher du soleil.

Nous redescendons jusqu’à Swakopmund où Jean Pierre a un petit différent à régler avec le loueur de voiture. Nous y restons 2 jours car nous devons aller acheter le permis pour le désert du Namib, donner notre linge à laver et réapprovisionner pour être en autonomie  les quelques jours qui vont suivre.

Nous avons du plaisir à re parcourir et à faire découvrir le désert du Namib Naukluft. Nous nous arrêtons sur un parking, point de départ d’une boucle de randonnée parmi des rochers joliment sculptés par l’érosion. Le chemin est fléché mais nous n’avons aucune indication sur le kilométrage ni sur le temps nécessaire pour effectuer ce tour et nous voilà partis pour 3h30 de marche sous un soleil de plomb.

Le soir nous faisons un bivouac au pied de grosses formations granitiques arrondies que nous gravissons pour le coucher du soleil.

Le lendemain nous arrivons sur une aire de camping accueillis par des dizaines d’écureuils et de tisserands qui ont leur nid HLM dans un arbre un peu plus loin.

Une girafe s’approche peu avant le coucher du soleil, Alain se déplace afin de la photographier sur fond de soleil couchant, heureux d’enfin pouvoir réaliser ces clichés dont il avait l’idée depuis que nous sommes en Afrique.

Nous nous dirigeons maintenant vers les dunes de Sossusvlei.

Nous nous arrêtons au camping de l’entrée du parc et nous nous accordons un après-midi de repos pour digérer les centaines de kilomètres de piste en tôle ondulée que nous venons de parcourir.

Le lendemain matin, lever à 5H30 afin d’arriver à temps à la dune 45 (45km de l’entrée du parc) pour la gravir et assister au lever de soleil depuis son sommet. Les couleurs et les ombres changeantes selon l’incidence du soleil sont de toute beauté.

Après un petit déjeuner au pied de la dune nous reprenons la route goudronnée jusqu’au km60 où nous dégonflons les pneus pour continuer sur 5 km de piste sablonneuse. Nous nous garons en face de la dune la plus haute de Sossusvlei (350m). Forts de nos échauffements matinaux sur la dune 45, nous partons pour son ascension. Une heure d’efforts après, la récompense est là avec une vue à 360° sur une mer de dunes. Alors que nous l’avions grimpée par une crête, nous la dévalons par sa ligne de plus grande pente pour arriver à son pied sur la « Dead Vlei » (vallée morte) dont le sol blanc de boue séchée et craquelée , agrémenté d’acacias morts datés de 500 ans, tranche avec le sable abricot se détachant sur le ciel bleu.

Le soir nous décidons d’aller voir le coucher du soleil depuis le sommet d’une dune à seulement 5 km du camping. Arrivés un peu trop tard au pied de celle-ci, nous en entamons l’ascension alors que le soleil décline et seul Alain trouvera l’énergie pour en atteindre le sommet.

Le séjour de Jean Pierre et Caroline touche à sa fin. Nous nous quittons le lendemain de notre sortie de Sossusvlei, eux partant vers le nord pour retourner sur Windhoek, et nous vers le sud pour rejoindre l’Afrique du Sud d’où nous comptons embarquer Vagabond pour son retour en Europe. Bien sûr nous avions déjà vu tous ces sites exceptionnels, mais nous avons eu un grand plaisir à les revoir avant notre départ d’Afrique, tout en partageant avec Jean Pierre et Caroline d’agréables moments

Botswana-Afrique du Sud

10/04 au 08/05/2019

Nous entrons au Botswana par Francistown, où nous nous arrêtons pour remplir notre bouteille de gaz puis laissons passer le week-end pour nous rendre à l’office national des parcs afin de réserver des campings à l’intérieur des parcs du central Kalahari et du Kgalagadi transfrontier. Démarche vaine car tout est complet.

Nous décidons alors d’aller dans le Makgadikgadi célèbre pour ses grands « pans », grandes étendues  parfaitement plates (le Sua Pan où nous nous rendons fait 175 km  de long sur environ 50 km de large), inondées à la saison des pluies et que l’on peut traverser en voiture lorsqu’elles sont asséchées en roulant sur une croûte de sable et de sel.

L’année dernière nous y étions déjà allés, nous arrêtant sur l’île de Kubu , nous choisissons cette fois celle de Kukonje, plus à l’écart des circuits touristiques. En fin d’après-midi, après une cinquantaine de kilomètres de piste sablonneuse sans rencontrer âme qui vive nous arrivons à l’entrée du pan. Nous nous engageons en direction de l’île que l’on aperçoit au loin mais le pan n’est pas tout à fait asséché, nos roues s’enfonçant de plus en plus . Nous retournons sur le terrain sec pour un bivouac seuls au monde sous les millions d’étoiles.

Le lendemain nous nous lançons dans la traversée en gardant une bonne vitesse malgré des glissades et parvenons jusqu’à l’île, Vagabond alourdi de quelques centaines de kilos de boue. Nous nous enregistrons auprès des 2 gardiens, seules personnes sur l’île. Les derniers campeurs à être venus dataient de 15 jours et les précédents de 7mois ! Nous nous installons pour 2 jours sous un gros baobab afin de profiter pleinement de cet endroit exceptionnel, seuls sur cette île que nous parcourons à pied puis Alain en fait le tour à vélo.

Nous prenons une bonne route goudronnée en direction du central Kalahari, route que nous devons quitter à l’approche de Orapa car cette ville est le centre d’une importante mine de diamants dont l’accès est réservé à ses employés.

Arrivés à l’entrée du parc national du central Kalahari, nous tentons notre chance pour obtenir une place de camping malgré le scepticisme des Sud-Africains présents qui ont réservé un an à l’avance. Coup de chance il en reste une que nous nous empressons de réserver. C’est ainsi parti pour 2 jours à sillonner les pistes de sable ocre orangé à l’affut des prédateurs. Le premier est un beau lion en pleine sieste digestive à l’ombre d’un buisson épineux du bord de la piste. Nous nous arrêtons à 3 m de lui et pouvons le contempler plus d’une heure pendant que nous prenons notre repas de midi, ceci sans le perturber le moins du monde.

Nous rencontrons aussi gnous, girafes, un grand nombre d’oryx et de springboks.

Nous faisons une halte à Ganzhi dans un camping qui propose une marche dans le bush avec les San. Ces bushmen qui vivaient de chasse et de cueillette se sont vu confisquer leurs territoires et interdire de chasser, ce qui les laisse dans le dénuement le plus total. Certaines tribus se sont converties au tourisme en donnant des représentations de comédiens : tir à l’arc, allumage du feu en frottant deux bouts de bois, explications sur les plantes médicinales et celle qu’ils utilisent comme savon… Bien que ce ne soit pas dans l’esprit de notre voyage, nous avons fait cette sortie surtout pour apporter notre contribution à ce groupe.

Nous pénétrons plus profondément dans le grand désert du Kalahari à nouveau par une belle route goudronnée en ligne droite sur près de 300km. Les paysages sont superbes avec toujours ce sable ocre qui nous entoure et la circulation quasi inexistante. Sur quelques kilomètres, les bas-côtés sont élargis pour servir de piste d’atterrissage de  secours !

Arrivés à Kang, nous quittons le goudron pour 200km de pistes pour atteindre le Kgalagadi Transfrontier ( à cheval sur la frontière Botswana/Afrique du Sud), à sa section de Mabuasehube et là aussi on nous accepte pour une nuit, ce qui est parfait pour nous car cela nous laisse 2 jours pour le visiter.

Le lendemain après avoir vu un serpent de taille respectable traverser la piste nous passons tout près d’un léopard et de son petit, que nous surprenons en train de jouer ensemble.

Nous allons maintenant tout au sud du Botswana longer la frontière avec l’Afrique du Sud.

Après avoir franchi la frontière, nous entrons dans le Transfrontier Parc du côté Sud-Africain  et là encore nous obtenons une place dans un camping à Nossob( Françoise avait vu sur leur site qu’il restait une place mais n’avait pas pu réserver).

Dès notre entrée nous voyons une hyène qui transporte sa proie. Un peu plus loin , nous assistons à la capture d’un écureuil par un chat sauvage africain (environ 5 fois la taille d’un chat domestique), les suricates au garde à vous nous font une haie d’honneur.

Le jour d’après, nous apercevons une lionne qui va se coucher à l’ombre d’un buisson ,puis au creux d’un arbre un petit chat sauvage.

En soirée c’est un guépard qui attire notre attention à une vingtaine de mètres de la piste. Il se prélasse à quelques mètres de sa proie (un springbok) dont il s’est repu au vu de son ventre. Nous attendons qu’il se lève pour aller prendre son dessert, moment dont il profite pour nous gratifier d’un magnifique sourire.

Après un passage à Upington, au bord de la rivière Orange, pour nous réapprovisionner, nous suivons le cours d’eau, le plus long d’Afrique du Sud avec ses 1800km, qu’accompagne cet étonnant ruban de verdure qui tranche dans cet environnement désertique. L’irrigation a permis la viticulture ainsi que la plantation d’arbres fruitiers !

Nous allons jusqu’aux chutes d’Augrabies où nous partons randonner au cœur du canyon jusqu’à Arrow point (presqu’île entre 2 bras de l’Orange river) puis sur le « dassie trail »(chemin du Daman des rochers).

A Pella, nous prenons une belle piste qui nous amène au bord de la rivière Orange où nous bivouaquons.

 Le lendemain nous empruntons une piste 4×4 qui longe la rivière à travers de superbes montagnes d’une extrême aridité.

Au bout d’une vingtaine de km, nous arrivons en vue de plantations de palmiers dattiers de la magnifique ferme de Klein Pella, avec un camping sur pelouse et piscine. Nous nous y installons et Alain profite de ce beau cadre pour remplacer les 4 jeux de plaquettes de freins de Vagabond.

Nous apprenons que nous sommes dans la plus grande plantation de dattes de l’hémisphère Sud. Ils produisent 450t par an de la variété géante Medjool. Après dégustation, nous en achetons 2kg. Elles ont été cueillies le mois dernier et n’ont subi aucun traitement, juste lavées avant d’être mises en chambre froide. Nous faisons une sortie sympa à VTT (pour nous dégourdir un peu les jambes, car nous ne faisons pas beaucoup de sport) parmi les vignes et les palmiers.

Nous ré-entrons en  Namibie car nous devons tranquillement nous rapprocher de Windhoek où nous allons accueillir Jean Pierre et Caroline, frère et nièce de Françoise, qui vont arriver le 19 Mai et vont nous accompagner en voiture de location pendant 3semaines.

Ce dernier mois, nous avons roulé 3670km presque exclusivement dans le désert du Kalahari et nous avons été comblés tant par les paysages que par les animaux que nous y avons rencontrés.

.

ZIMBABWE

Du 11/03 au 10/04

Nous nous étions donnés rendez-vous avec nos amis voyageurs Nathalie et Jean, arrivés à Walvis Bay 2 mois après nous, car nos itinéraires se croisaient. Nous avions choisi de le faire au camp, toujours en cours d’aménagement, de Luc le français que nous avions rencontré l’année dernière.

Nous entrons en Namibie par Katima, tout au bout de la bande de Caprivi et en profitons pour faire remplacer nos pneus qui en avaient bien besoin après 50000 km dont un bon tiers de maltraitance sur des pistes avec des cailloux coupants et 0 crevaison malgré les grosses épines d’acacias sur lesquelles nous avions dû rouler.

C’est avec plaisir que nous retrouvons Nat et Jean à Kongola sur le terrain de Luc au bord de la rivière Kwando.

Le lendemain, Luc nous rejoint et nous emmène à nouveau sur son bateau.

  Nous passons très près d’hippopotames et de nénuphars en fleurs puis rentrons au coucher de soleil.

 Nous retournons tous sur Katima où Luc habite. Nous y restons 3 jours sur un camping en bord du Zambèze, toujours en compagnie de nos amis. Le dimanche Luc, sa femme Esther et leur fille Albertina se joignent à nous pour des grillades dans une ambiance sympathique.

Durant cette semaine passée en la compagnie de Nat et Jean, nous avons trouvé très agréable de se sentir sur la même longueur d’onde pour de longues discussions autour d’une bière ou d’un pastis!

Nous repartons maintenant seuls pour traverser la pointe nord du Botswana et rejoindre le Zimbabwe. Nous en profitons pour passer par le parc national Chobe River où nous voyons la faune sauvage habituelle , dont un lion pendant sa sieste.

Nous entrons au Zimbabwe et nous nous arrêtons  de nouveau aux chutes Victoria, pour aller les voir avec un peu moins de débit que lors de notre précédent passage et donc avec une meilleure visibilité, néanmoins la rumeur et les embruns sont toujours spectaculaires.

Plus au sud, nous visitons le parc national Hwange, la piste d’accès passe à côté d’immenses mines de charbon, richesse de cette région, puis s’enfonce dans la savane. Dans le parc les pistes sont irrégulièrement entretenues mais nous nous délectons à nouveau de la vue des animaux sauvages. Notre bivouac au bord du lac de Masuma est un régal, nous assistons à un joli coucher de soleil puis au lever de la pleine lune. Les hippos et crocos sont en grand nombre dans le lac et de nombreux éléphants viennent s’y abreuver.

Le lendemain nous allons à la ville de Hwange pour réapprovisionner en nourriture et en gasoil. Déjà pour la nourriture le choix est très limité, mais pour le gasoil les 3 stations-services de la ville n’en n’ont plus. Alors que nous étions dubitatifs sur un parking nous sommes approchés par Dennis qui nous dit beaucoup aimer Vagabond puis nous demande où nous comptons dormir car la ville n’est pas du tout touristique et n’a ni lodge ni camping. Nous lui disons que ce n’est pas ce qui nous préoccupe mais que c’est le manque de gasoil. Il nous explique alors que c’est habituel et se renseigne par les réseaux sociaux pour avoir les dates de livraison du carburant. L’une des stations doit être approvisionnée le lendemain. Il nous invite alors à venir nous garer à côté de sa maison et à profiter des facilités en nous laissant la porte ouverte. Dennis est sud- africain employé par la mine dans le social et vit ici 3 semaines par mois en colocation dans une résidence de la mine. Il nous invite à manger et voilà Françoise à préparer dans leur cuisine une omelette-bacon-oignon-chou- fleur… Merci à eux.
Le lendemain nous allons nous mettre à la queue à la station-service qui a bien été livrée mais nous devons payer cash en dollars US avec un change à 3.

Nous commençons à comprendre que l’économie s’est encore détériorée par rapport au passage de Nat et Jean quelques mois auparavant qui avaient pu payer par carte bancaire alors qu’on nous la refuse maintenant car c’est une carte internationale. Même les banques n’ont plus de dollars US. Les locaux utilisent beaucoup le payement Ecocash par téléphone mais nous ne pouvons alimenter la carte Sim car nous n’avons pas assez de liquidités.

Nous ne sommes pas rentrés au Zimbabwe avec assez de dollars US qui nous auraient permis de changer au noir pour des dollars Zimbabwéens au taux de 4,2.

Pour les règlements nous avons dû être vigilants car certains  commerçants peu scrupuleux (une minorité) nous proposaient le payement par carte bancaire mais la somme nous aurait été débitée en dollars US, le dollar zimbabwéen n’étant pas reconnu internationalement.

Le plein fait, nous repartons en direction du lac Kariba, une des plus grandes retenues d’eau artificielles du monde. Le Zambèze fait frontière  avec la Zambie où la chaine de montagnes du même nom longe le fleuve et le lac.

Du côté du Zimbabwe où nous sommes, nous roulons dans des plaines parsemées de villages aux huttes joliment décorées, construites autour de places en terre battue parfaitement ratissées et propres, souvent entourées de petits champs de maïs. Nous retrouvons les gros baobabs et profitons de l’ombre de l’un d’eux pour fêter l’anniversaire de notre  arrivée en Afrique.

Nous arrivons à Kariba au bout du lac et allons jusqu’au barrage qui fait frontière avec la Zambie, puis nous nous installons dans un camping avec piscine et terrain ouvert sur le lac. Les éléphants viennent parfois, pour preuve les traces trouvées sur notre emplacement. Le lendemain alors que nous nous baignons 2 éléphants sont arrivés pour aller se rafraîchir dans le lac puis ce fut le tour des zèbres.

Nous nous rendons tout au nord du pays pour visiter le parc de Mana Pools, coincé entre la Zambie au nord et le Mozambique à l’est. La piste, avec sa sévère tôle ondulée, nous oblige à rouler très lentement et nous avons tout loisir pour admirer les baobabs.

Dans le parc nous apprécions toujours autant de voir la faune africaine et de nombreux oiseaux. De plus, nous approchons pour la première fois les Lycaons ici appelés « African Wild dogs ou Painted Dogs » auxquels viennent se mêler 2 hyènes.

Un bivouac dans le parc au bord du Zambèze nous permet d’apprécier un beau lever de soleil, entourés d’Impalas.

A Harare, la capitale, nous essayons à nouveau de sortir des dollars US mais les banques n’en ont toujours pas. Nous décidons donc d’écourter notre visite du pays en zappant la partie Est proche du Mozambique, décision d’autant plus facile à prendre que le cyclone Idai qui a dévasté le mois dernier le Mozambique a aussi fait plus de 150 morts dans cette région du Zimbabwe.

Harare accueille chaque année un festival international de l’art et de nombreux sculpteurs s’y sont établis. Nous allons dans la banlieue , à Chapunga Village, où quelques artistes tailleurs de pierres se sont regroupés et exposent leurs créations d’art Shona devant leurs ateliers où nous les voyons œuvrer. Nous leur achetons pour 10$ une petite sculpture.

Nous décidons de retourner au Botswana en passant par Masvingo pour visiter les ruines de « Great Zimbabwe » , la plus grande ville de pierres sèches jamais construite au sud du Sahara. Elle a été pendant des siècles la résidence des rois et c’est elle qui a donné son nom au pays. Nom qui vient du Shona «  Zimba dza mabwe » (maisons de pierres). Le début de la construction du site est estimé au 12ème siècle et se serait prolongée jusqu’au 15ème siècle date à laquelle la ville abritait environ 20 000 personnes. A lui seul le mur du grand enclos a nécessité la taille dans les rochers de granits de plus d’un million de briques !

Sur le parking du site, nous rencontrons 2 couples de français étonnés de voir un véhicule immatriculé en France. Ils sont enthousiastes quand nous leur résumons notre voyage. Jacques, directeur de l’alliance Française à Harare sera bientôt retraité et envisage de parcourir l’Afrique avec sa femme dans le même style de véhicule, le moment venu. Les plus jeunes, Floriane et son mari sont enseignants à Harare et vivent en Afrique depuis plusieurs années. Les discussions vont bon train pendant plus d’une heure puis nous leur faisons part de nos problèmes d’argent. Jacques nous propose spontanément de nous laisser les 160$ qu’il a sur lui, argent que nous lui rendrons par l’intermédiaire de son confrère de Bulawayo, une ville à 270 km d’ici que nous devrons traverser pour nous rendre au Botswana ( leur statut de résident et leur réseau leur donnent la possibilité de retirer de l’argent avec notre carte). Bel exemple de solidarité entre expatriés qui nous a touchés. Merci à eux. Nous sommes désolés de ne pas avoir eu la présence d’esprit de noter leur nom. Cet argent en poche nous permet de ne pas nous précipiter pour sortir du pays.

Nous nous rendons à Bulawayo, ancienne ville coloniale, pour nous acquitter de notre dette

 puis en profitons pour aller au sud de la ville faire la visite du parc national de Matobo. Les empilements granitiques sont spectaculaires et le parc offre de beaux paysages mais sa partie nord réservée aux safaris nous a déçus car nous n’y avons vu aucun animal. Un autre attrait de ce parc est la visite de grottes ornées de dessins rupestres. Nous atteignons celle du rhino blanc après une courte marche mais les dessins sont assez peu visibles. Le lendemain nous partons pour une randonnée vers la grotte Nanke que nous devons atteindre après 6 km. Le parcours dans les rochers de granit, bien fléché sur les 4 premiers kilomètres entre dans un endroit de végétation plus dense et il nous est impossible de continuer, n’arrivant plus à trouver les flèches. Nous rebroussons chemin déçus de n’avoir pu aller jusqu’au bout car cette grotte serait la plus belle du Zimbabwe. Il reste tout de même une belle randonnée dans la nature intacte et la rencontre avec les babouins.

Ce parc aux pistes mal entretenues et aux installations sanitaires défectueuses est à l’image de la crise économique du pays. Dans les villes les queues aux rares stations-service approvisionnées sont impressionnantes (plusieurs heures ou jours, surtout pour l’essence un peu moins pour le gasoil) et celles des campagnes sont souvent fermées ou abandonnées.

Malgré cela la population est attachante. Tout au long des routes, hommes femmes et enfants nous saluent avec de grands gestes et de grands sourires, visiblement contents d’accueillir  des visiteurs. Dans d’autres circonstances nous serions restés plus longtemps ici.

TANZANIE-ZAMBIE

16/02 au 10/03/2019

Nous entrons en Tanzanie par le nord ouest pour aller à Kigoma, principal port de Tanzanie sur le bord du lac Tanganyiga.

 Nous passons dans des forêts peuplées de singes et de quelques antilopes.

 Après avoir traversé le Parc National Katavi en apercevant seulement un éléphant, nous nous dirigeons à nouveau vers le bord du lac en empruntant une piste boueuse vers Kipili, village réputé pour la plongée. Malheureusement peu avant l’arrivée la piste s’avère impraticable et nous devons rebrousser chemin.

 Après une étape à Sumbawanga nous essayons cette fois d’aller au bord du lac Rukwa. Nous empruntons la piste qui le longe mais sommes déçus au bout de 80 km de n’avoir pu aller sur les rives du lac, les seuls accès étant piétons à travers des étendues cultivées. Là, nous rencontrons des hommes d’une ethnie locale vêtus de peaux et armés de lances.

Nous quittons donc la Tanzanie sans avoir vraiment profité comme nous l’espérions du lac Tanganyika, faute d’accès.

Nous choisissons d’entrer en Zambie par le poste frontière de Kasesya. Nous nous attendions à un endroit peu fréquenté mais pas au point auquel nous l’avons trouvé ! Le dernier véhicule marqué sur le registre datait de 4 jours auparavant. Aussitôt le portail franchi, nous devons slalomer entre ornières et gros nids de poules, heureusement par temps sec.

Notre 1ère visite en Zambie sera Katambo Falls, la 2ème plus haute cascade d’Afrique avec ses 221m. Au pied de la cascade, l’eau s’engouffre dans une profonde gorge pour aller se jeter un peu plus loin dans le lac Tanganyika.

Nous n’avons toujours pas renoncé à aller sur les rives de ce lac et pour cela nous allons à Mpulungu où nous nous installons dans un camping communautaire tout au bord de l’eau. Nous achetons les filets d’un gros poisson à la responsable et avons tout loisir de regarder toute sa famille vivre d’autant plus que nous sommes seuls, comme nous l’avons d’ailleurs été à tous nos bivouacs ces 3 dernières semaines.

La chute d’eau de Lumangwe, large et avec un gros débit est spectaculaire, avec ses airs de chutes Victoria. Quelques kilomètres plus loin s’offre à nos yeux celle, non moins belle, de Kabwelume dont nous atteignons le bas par des escaliers moussus à travers la forêt dense humide.

La piste de terre que nous prenons le lendemain  est par endroits en mauvais état  puis nous nous retrouvons face à un bourbier dont nous allons ressortir de justesse quelques centaines de mètres plus loin.

 Nous traversons maintenant des plaines inondées pour rejoindre le lac Bangweulu bordé de belles plages de sable blanc.

Nous arrivons à la réserve privée de Mutimondo d’où nous partons pour quelques balades, l’une nous amenant au sommet du Mont Mayense et 2 autres auprès de petits rapides.

Nous faisons une halte à Lusaka, la capitale, seul endroit moderne que nous ayons rencontré en Zambie,  et en profitons pour nous réapprovisionner dans des supermarchés inexistants dans le reste du pays. C’est aussi là que circulent la plupart des voitures particulières, les routes intérieures étant principalement fréquentées par des bus et des camions. Nous avons souvent roulé plusieurs heures sans voir un seul véhicule.

Nous nous installons au bord du lac Ithezi Thezi et avons la surprise de voir arriver juste en face de nous un groupe d’éléphants venus boire et se rafraichir. Nous profitons pleinement de ce moment d’autant plus qu’ils ne montrent aucun signe de nervosité. Le soir venu, ce sera le tour d’un hippopotame qui viendra se baigner au même endroit à une vingtaine de mètres de nous. Le lendemain nous traversons le parc national Kafue sur 80 km sans voir d’animaux !

Après être passé par Livingstone nous remontons le Zambèze jusqu’à Sioma Falls où le fleuve s’étale, offrant 7 chutes d’eau sur 1 km de large séparées par des îlots.

Nos passages en Tanzanie puis en Zambie ont été impactés par la saison des pluies durant laquelle certains parcs sont fermés et d’autres dont l’accès est déconseillé aux véhicules solitaires.

Nous avons donc profité de cet afflux d’eau pour visiter les principales cascades de ces pays où les habitants se sont montrés aimables, ne manquant pas de nous saluer et de nous sourire tout au long de notre parcours.

Machoire d’hyppopotame

RWANDA 26/01 au 16/02/2019

Première surprise en entrant au Rwanda, c’est le premier pays où on roule à droite depuis 10 mois que nous sommes en Afrique. Nous constatons aussi qu’une bonne partie de la population parle le français car ce pays a été sous occupation belge de 1918 à 1960.

En entrant par le nord-ouest nous atteignons rapidement le Parc National des Volcans.

Nous nous rendons au bord  du lac Ruhondo d’où nous bénéficions d’une belle vue sur les volcans environnants  dont les sommets dépassent les 4500m.

Une randonnée nous amène au sommet du Mont Kabuye à 2643m d’altitude par un sentier escarpé. Notre manque d’entrainement se fait sentir  et nous décidons une journée de repos après ces 6 h de marche et 1000m de dénivelé.

Dans le Parc National des Volcans, nous choisissons une autre belle rando sur le flanc du volcan Bisoke pour aller sur le site que Dian Fossey avait choisi pour son immersion avec les gorilles. Après 2h de marche dans la forêt dense, en nous enfonçant parfois jusqu’à mi mollet dans la boue, nous atteignons le camp de recherche de Karisoke qu’elle avait établi à 3000m d’altitude. Il ne reste que quelques traces des bâtiments car le site a été pillé lors du génocide. C’est l’endroit où Dian Fossey a été assassinée puis enterrée à côté des sépultures des gorilles qu’elle avait aimés. Petite déception de n’avoir rencontré  aucun de ces animaux d’autant plus que nous sommes passés à 10m d’eux d’après des chercheurs rencontrés en chemin.

Nous quittons la région des volcans pour nous rendre à l’Est visiter le parc Akagera près de la frontière avec la Tanzanie. C’est le seul parc de savane du Rwanda et même si nous y avons vu relativement peu d’animaux, nous avons apprécié les paysages, particulièrement la vue à 360° sur les plaines et les lacs depuis le camping.

Ici les très nombreuses motos-taxis ne transportent qu’une seule personne et le casque est de rigueur. Encore plus nombreux sont les vélo-taxis très utilisés par les locaux mais aussi pour le transport de toutes sortes de marchandises. Les vélos « Project Rwanda »sont spécialement fabriqués pour permettre de transporter jusqu’à 3 personnes sur leur porte bagage rallongé et muni d’un coussin.

Nous traversons à nouveau le pays vers l’ouest pour rejoindre les bords du lac Kivu, frontière avec la République du Congo . A Kibuye, depuis notre bivouac en bord de lac, nous allons en bateau jusqu’à l’île Napoléon (nom donné pour sa forme rappelant celle de son chapeau), avec Erich et Majas des Suisses rencontrés en Ouganda . Nous accostons pour l’escalader jusqu’à son sommet d’où nous avons une belle vue sur le lac, ses îles et au loin la côte congolaise.

Au camping arrivent Wilbert et Marianne des hollandais voyageant avec leur camion Unimog. Wilbert pratiquant le VTT, ils se mettent d’accord avec Alain pour une sortie le lendemain.

Les voilà donc partis, malgré le temps orageux pour une ascension de 1000m de dénivelé sans le moindre replat. Au fur et à mesure de notre montée des gamins prenaient plaisir à nous accompagner à pied, même un unijambiste que nous n’avons pas distancé sur près d’un kilomètre ! l’orage qui grondait a fini par nous rattraper alors que nous arrivions à 2400m d’altitude, nous forçant à nous abriter sous une avancée de toiture où un enfant est venu nous rejoindre avec sa trottinette tout en bois.

Nous avions prévu (et oui ça nous arrive !) de rentrer au Burundi par la frontière au bord du lac Kivu mais depuis que nous sommes au Rwanda, nous avons rencontré de nombreuses personnes y vivant ou allant y travailler et toutes nous l’ont fortement déconseillé, la situation politique étant très mauvaise et la corruption ainsi que la criminalité ayant récemment fortement augmenté. Nous renonçons donc à visiter ce pays. Après un dernier bivouac au bord du lac, à Gatare, nous repartons à travers les montagnes et le parc national de Nyungwe avec ses superbes forêts où nous avons pu voir quelques singes sur le bord de la route. 

Nous nous arrêtons à Huye pour visiter le Musée National Ethnographique du Rwanda, qui présente d’intéressantes expositions d’objets de la vie quotidienne passée des rwandais.

A Kigali, la capitale, nous visitons l’impressionnant mémorial du génocide et en ressortons très émus.

Nous reprenons maintenant la direction de la Tanzanie.

Chaque jour les routes que nous avons parcourues étaient toutes en montagnes russes entre  1500 et 2500m d’altitude( ce n’est pas pour rien que le Rwanda est aussi appelé le pays aux mille collines) à travers les paysages verdoyants de la forêt équatoriale, des vallons plantés de caféiers, de théier s et de bananiers ainsi que des rizières des plaines.

Le Rwanda nous a impressionnés par la propreté de l’environnement qui n’a rien à envier à la Suisse ou à l’Autriche. Ici les sachets plastiques ont été supprimés il y a 10 ans déjà et la population est tenue de participer une fois par mois au nettoyage des espaces publics et à l’entretien des chemins. Un nombre incalculable d’employés nettoient les routes, ramassant inlassablement, même en pleine montagne, les feuilles mortes tombées sur les bas-côtés tondus de près, bordés de fossés impeccables et de haies d’arbustes décoratifs. Nous avons aussi été surpris par le très bon état des routes et la modernité des villes. Le niveau élevé de civisme de la population se reflète tant par l’absence de tags et autres dégradations que par la prudence des conducteurs malgré l’absence de radars et de ralentisseurs.

La densité de population ( plus de 4 fois celle de la France ) de ce petit pays fait que l’on n’y est jamais  seuls, et nos contacts avec les locaux ont été fort agréables, d’autant plus que se faisant souvent en français. Arrivés dans le pays avec une certaine appréhension dûe aux images du génocide de 1994, nous étions loin de nous douter que nous allions trouver un pays qui s’était si bien relevé de cette sombre période.

Ruche traditionnelle du Rwanda

OUGANDA 27/12/2018 au 26/01/2019

Notre entrée en Ouganda s’est faite rapidement. Seul le remplissage du carnet de passage en douane a été un peu laborieux. L’agent ne sachant pas du tout comment le faire, Alain a dû lui expliquer case par case comment le remplir. A la fin il n’a pas vu l’utilité de conserver la partie lui revenant de droit.

Dès notre arrivée nous sommes surpris par la variété d’oiseaux que nous rencontrons dans les paysages verdoyants.

Les plaines le long du lac Victoria sont toutes en rizières.

Les zébus sont ici pourvus de cornes impressionnantes.

Lors de nos arrêts, Vagabond sert fréquemment de perchoir aux oiseaux mais il est aussi apprécié par les singes ; peut-être est-ce dû à sa couleur …, à tel point que, alors que nous roulions sur une route goudronnée, un babouin s’est ostensiblement mis en travers de notre voie nous obligeant à stopper pour sauter sur notre capot et se faire conduire sur quelques centaines de mètres.

La ligne de l’équateur traversant l’Ouganda, nous repassons dans l’hémisphère nord pour nous rendre au parc de Murchinson Falls au nord-ouest du pays.

Mais avant nous approchons le lac Albert pour un joli bivouac sauvage sur les hauteurs du village de Kibiro. Nous jouissons d’une vue superbe sur le village, les sources d’eau chaude et bien sûr, sur le lac qui, la nuit venue, est constellé de milliers de lumières des lamparos des pêcheurs.

Cet endroit se mérite car pour y accéder nous avons dû, comme cela se répètera souvent en Ouganda, emprunter des pistes qui ont vite fait de se transformer en mono trace car utilisées uniquement par les nombreuses motos taxis ou à pieds. Les routes ne sont goudronnées que sur quelques axes principaux, ceux-là même que nous essayons d’éviter, et nous roulons donc essentiellement sur des pistes.

Depuis notre camp du parc de Murchison Falls, au bord du Nil, nous partons en bateau pour remonter le fleuve jusqu’au bas des chutes  tout en profitant du spectacle de la vie sauvage. Le lendemain c’est avec Vagabond que nous allons voir ces mêmes chutes depuis le haut.

Nous nous sentons maintenant vraiment au cœur de l’Afrique noire et nous nous plaisons à traverser l’Ouganda profond.

L’activité principale est la corvée d’eau, chaque village ayant sa pompe où se pressent des files d’habitants avec leurs bidons jaunes.

Nous traversons des champs de coton, des plantations de caféiers et de thé ainsi que d’innombrables bananiers.

A Masindi nous partons avec un guide dans la forêt de Budonga à la recherche des chimpanzés. Après une bonne marche nous en trouvons et restons une heure à les observer. Quel beau spectacle nous ont offert ces primates à la stature impressionnante et au comportement si proche des humains ! Ce sont d’ailleurs eux qui ont le plus grand pourcentage de gènes en commun avec nous (98,7°/° )

Nous remontons à la pointe nord-est du pays enclavée entre le Kenya et le Sud Soudan pour visiter le parc de Kidepo. Là, nous retrouvons les plaines de savane sèche avec leurs lots d’éléphants, girafes, zèbres, antilopes, mais surtout de buffles dont une horde va nous causer une montée d’adrénaline.

Le camping dans le parc n’étant pas clôturé et paraît-il fréquenté par les lions, un garde armé est venu passer la nuit dans sa tente à coté de nous.

Les chutes d’eau nous attirent toujours autant. Nous allons donc à Sipi, ville réputée pour ses 4 cascades. Nous allons randonner une demi-journée dans la forêt pour les découvrir.

De retour près du lac Victoria, nous rejoignons Jinja, ville considérée comme la source du Nil par toutes les instances touristiques d’Ouganda. En effet le lac Victoria se déverse ici dans le Nil Victoria. D’autres pays se disputent cette appelation, car chez eux se trouvent aussi des sources d’affluents du Nil.

Les chinois sont venus ici construire un joli pont au-dessus du fleuve dont la modernité tranche avec le reste des infrastructures.


Accompagnés d’un guide nous partons dans la forêt de Mabira où nous voyons beaucoup d’oiseaux, de singes et apprenons un tas de choses sur les plantes et les arbres de cette forêt.

Une autre balade à côté de Fort Portal nous permet de découvrir encore d’autres oiseaux.

Vers Katunguru, nous sommes en pleine région volcanique et nous visitons plusieurs lacs de cratère où les buffles viennent profiter des vertus curatives de l’eau salée et sulfureuse.

Nous entrons maintenant dans le parc Queen Elisabeth et nous rendons dans le secteur d’Ishasha qui doit sa renommée aux lions qui grimpent dans les arbres, plus exactement dans les figuiers qui sont ici énormes. Il n’y a que 2 endroits au monde où les lions se comportent ainsi, l’autre étant en Tanzanie. Les études menées attribuent cette particularité au fait qu’ils se mettraient ainsi à l’abri des nombreux parasites qui peuplent les sols humides . Quant au choix du figuier, c’est qu’il s’évase assez bas et que son écorce tendre leur permet de planter leurs griffes  pour y grimper. Nous avons eu la chance d’en débusquer un dans un arbre ainsi qu’un couple à terre.

Pour un repas de midi, nous nous écartons de la route par un chemin et nous nous arrêtons sur une esplanade en face d’une maison. Nous allons demander si nous pouvons y rester et sommes accueillis par Francis l’instituteur du village ravi d’avoir affaire à des français. Nous l’invitons à partager notre repas puis il tient à nous présenter sa femme et sa maison, nous échangeons nos adresses et il nous promet de nous écrire avec l’idée d’essayer de faire parrainer son meilleur élève par Sophie car nous lui avions dit qu’elle est aussi instit….

L’Ouganda est le pays où nous avons eu le plus de mal à nous approvisionner, les supermarchés étant quasiment inexistants et les petits commerces proposant invariablement les mêmes produits basiques. C’est sur les étals de bord de route souvent à même le sol, que nous avons pu nous procurer quelques légumes et fruits.

Après les oiseaux, l’espèce animale la plus représentée en Ouganda est celle des primates. Nous en avons découvert une variété que nous ne soupçonnions pas : du petit vervet peu farouche à l’imposant chimpanzé en passant le gris au poil ébouriffé, le colobus rouge ougandais, le singe à queue rouge, l’élégant colobus noir et blanc, le trapu babouin, le singe de l’hoest à la barbe blanche etc…Le principal absent à nos observations est le gorille des montagnes. Il est fortement protégé et on ne peut le rencontrer que dans quelques montagnes dont l’accès se fait avec un guide et après achat d’un permis à 600 US$ par personne pour un temps d’observation limité à 1 h, ce qui a été dissuasif pour nous.

Une fois de plus, nous avons constaté que moins le pays est touristique, plus les gens sont avenants, pas encore pollués par le tourisme de masse.

Nous nous dirigeons maintenant vers le Rwanda. 

TANZANIE

Munis de nos visas, l’entrée en Tanzanie s’est faite sans problème bien que nous ayons dû nous faufiler entre les files de poids lourds en attente de leur entrée au Malawi et occupant toute la route.

Nous traversons la Tanzanie vers l’ Est en profitant de paysages agrémentés de centaines de baobabs et de superbes flamboyants

 mais aussi d’étals de fruits et légumes fort bien présentés.

Arrivés à Dar Es Salam, nous traversons l’estuaire avec un ferry où s’entassent des centaines de passagers entre les voitures, ceci dans une ambiance très africaine.

Nous nous installons dans un camping au bord d’une plage, occasion qu’Alain ne laisse pas passer pour aller faire du kite.

En attendant Annie José, nous allons nous renseigner sur la possibilité de passer sur l’île de Zanzibar avec Vagabond. Le devis que nous obtenons ( 1200$ AR) nous dissuade de le faire.

Pour des raisons de sécurité c’est en taxi que nous allons accueillir Annie-José à l’aéroport car elle arrive à minuit.

Nous décidons de faire une sortie d’une journée sur une petite île en face du camping avec une pirogue traditionnelle à double balancier, emmenée par des pêcheurs qui nous préparent le repas sur cet îlot sans aucune infrastructure et aux plages idylliques. Après le repas nous allons faire du snorkeling au dessus des coraux.

Nous laissons Vagabond en gardiennage au camping et partons en tuk tuk pour prendre le ferry rapide (2h30) pour Zanzibar où nous arrivons juste avant un orage.

Zanzibar Town (ou Stone Town) est une ville où, au fil des rues étroites, se mêlent les influences d’Afrique, d’Arabie, d’Inde et d’Europe.

L’après midi nous partons pour Nungwi, petite ville à la pointe nord de l’île. Nous décidons de prendre les transports en commun locaux, petit bus ici appelé dalla dalla, pour effectuer ces 60 km. La gare de bus est à côté du marché et grouille de monde.

Nous voyons arriver le bus qui dessert Nungwi et tentons d’y entrer mais c’était sans savoir qu’il fallait vraiment jouer des coudes pour avoir sa chance et nous nous faisons proprement éjecter. A l’arrivée du bus suivant Alain réussit à résister à cette foire d’empoigne ce qui nous permet d’avoir nos places, seuls blancs à emprunter ce dalla dalla. Au départ la police surveille qu’il n’y ait pas plus de passagers que de places assises mais au fil des kilomètres et des arrêts l’allée centrale a vite fait de se remplir. Tout à coup les personnes debout se jettent à plat ventre car le chauffeur vient de repérer un contôle de police que nous passons ainsi sans encombre.

A Nungwi nous nous installons dans un hôtel à deux pas d’une très belle plage.

Le lendemain nous partons à bord d’un dhow, boutre traditionnel Kenyan,

pour nous rendre à l’île de Mnemba, où plutôt tout près de cette île car elle est privée et son accés réservé à de richissimes touristes. En chemin, nous sommes approchés par un groupe de dauphins. Aussitôt à l’eau nous avons le plaisir de nager au dessus d’eux.

Nous mouillons à quelques dizaines de mètres de la plage pour un repas poissons,

puis c’est à nouveau une séance snorkeling au dessus des coraux.

La fin d’après midi est consacrée à se relaxer en barbotant au bord d’un banc de sable que la marée a découvert. Nous rentrons à la voile au coucher du soleil.

  

Après une deuxième nuit à Nungwi, nous repartons sur Stone Town où nous arpentons les ruelles très touristiques.

Enfin nous reprenons le ferry pour un retour sur Dar où Vagabond nous attend.

Nous partons vers le nord car nous voulons aller en pays Masaï. Les routes goudronnées sont en bon état mais les moyennes sont très faibles car non seulement la vitesse est limitée à 50 km/h sur une grande partie des distances, mais aussi sont truffées de ralentisseurs très cassants. En ajoutant à cela les nombreux poids lourds à bout de souffle ainsi que les barrages de police rapprochés, la vitesse moyenne est souvent autour des 30 km/h.

Juste après Arusha nous quittons la route goudronnée pour une piste accidentée qui serpente au pied de monts volcaniques.

Pendant l’arrêt déjeuner, Annie-José a le plaisir de voir ses 1ères girafes qui s’approchent de nous, puis nous finissons le repas sous une pluie battante.

Nous repartons sur une piste devenue boueuse et sommes rapidement bloqués par un oued en crue qui traverse la piste. Nous devrons patienter une bonne heure pour que le niveau et le débit diminuent afin de pouvoir continuer.

Arrivés près du lac Natron nous devons nous acquitter d’un péage pour rentrer dans cette réserve puis nous nous installons dans un camping tenu par des Masaï au pied du volcan Lengaï, toujours en activité. Ce mont est sacré, chaque année des Masaï de tout le pays convergent ici pour son ascension.

Là nous discutons avec Yona et prenons rendez vous pour aller visiter son doma (village) le matin afin d’assister à la traite des vaches. A l’intérieur de sa hutte, dans la pénombre, il nous parle de ses traditions.